We wtorek uwaga rynku akcji będzie koncentrowała się na doniesieniach ze szczytu ministrów finansów Unii Europejskiej, wynikach amerykańskich spółek i publikowanych dziś wstępnych odczytach indeksów PMI dla Francji, Niemiec i strefy euro.
Obserwując zachowanie warszawskiej giełdy w ostatnich miesiącach i porównując je z zachowaniem parkietów we Frankfurcie, Paryżu, Londynie, czy Nowym Jorku, można odnieść wrażenie, że to dwa różne światy. A przynajmniej dwa różne giełdowe okres. Podczas gdy w Warszawie wciąż jest jesień 2011 roku, gdy inwestorzy panicznie obawiali się eskalacji kryzysu zadłużenia w strefie euro, a docelowo nawet rozpadu tego organizmu gospodarczego (a co się z tym wiąże również gwałtownego spowolnienia polskiej gospodarki), na Wall Steet i na giełdzie we Frankfurcie od kilku miesięcy mam już wiosnę lub nawet lato 2012 roku. Inwestorzy dyskontują brak rozpadu strefy euro i kres kryzysu długu w Europie, licząc na nowe pakiety wsparcia osłabionych gospodarek Eurolandu, działania stymulujące wzrost w Chinach, czy nawet kolejną rundę ilościowego luzowania polityki pieniężnej w USA.
Pytanie tylko kto ma rację? Rodzimy rynek akcji? Czy zachodnie parkiety? Historycznie, poza kilkoma wyjątkami, jak np. na początku 2009 roku, polski rynek raczej podążał za trendami kreowanymi na głównych światowych parkietach, niż je wyprzedzał. Dlatego bezpieczniej jest założyć, że inwestorzy z GPW się mylą i ostatecznie mocne wzrosty zawitają również na Książęcą.
Zanim jednak warszawskie indeksy mocniej ruszą do góry, wcześniej mogą jeszcze spaść. Obecnie nie ma bowiem już zbyt wiele czasu na odrobienie strat. Wydaje się, że zachodnie giełdy zbliżają się do krótkoterminowego przesilenia. Potencjalnym impulsem do realizacji zysków ma szanse stać się, zaplanowany na 30 stycznia, szczyt przywódców Unii Europejskiej. Jest wątpliwe, czy uśpieni poprawą sytuacji na rynkach politycy, zdołają się porozumieć w fundamentalnych dla Europy sprawach. Brak porozumienia to natomiast doskonały pretekst do zamykania długich pozycji. Dużo lepszy niż przewidywalne cięcie ratingów przez agencję S&P, czy równie prawdopodobne cięcie przez Fitch, które zapewne niebawem będzie mieć miejsce.
Wczoraj indeks dużych spółek wzrósł o 0,2% do 2265,75 pkt. To najwyższe zamknięcie od pierwszej połowy grudnia ub.r. Nie prowadzi to jednak do zmiany sytuacji na wykresie WIG20. Zarówno tej krótkoterminowej, jak i długoterminowej. W tym drugim przypadku sytuacja na wykresie WIG20 nie zmienia się od wielu miesięcy. Po tym, jak rynek załamał się latem 2011 roku, mamy do czynienia z szerokim trendem bocznym, który zamyka się umownym przedziałem 2000-2450 pkt. Niewiele wskazuje na to, żeby w najbliższych tygodniach doszło do wybicia. Trzykrotny zwrot WIG20 powyżej bariery 2100 pkt., jaki można było obserwować w listopadzie i grudniu 2011 oraz styczniu br. może natomiast sugerować, że test 2450 pkt. jest bardziej prawdopodobnym scenariuszem, niż atak na poziom 2000 pkt. (ISB/X-Trade)
Marcin R. Kiepas
Udostępnij



